Dzisiaj wpis osobisty. Należę do grona tych szczęśliwców, którzy mają jakąś rocznicę co 29 lutego, a więc co 4 lata. W moim przypadku jest to 2 rocznica zdania egzaminu na prawo jazdy (29 lutego 2000).
Gdybym zdał za pierwszym razem (14 grudnia 1999), bądź drugim lub trzecim nie byłoby takiej fajnej daty oraz nie byłoby „prezentu” na 18-tkę 2 marca 2000 (przypomnę, że były to czasy, gdy można było zdawać „prawko” w wieku 17 lat).
Oprócz tego szczęśliwego, czwartego podejścia bardziej utkwił mi w pamięci pierwszy raz. Pech szedł za mną tego dnia przez cały czas. Najpierw rozładował się akumulator w aucie, przez co ojciec nie mógł mnie zawieźć do ośrodka egzaminacyjnego w Dąbrowie Górniczej (nawiasem mówiąc dałem się nabrać na to, że w Dąbrowie łatwiej jest zdać niż w Katowicach). Całe szczęście miałem na tyle czasu, że mogłem jeszcze zdążyć autobusem. Niestety środki transportu publicznego również okazały się pechowe i zaliczyły niezłe spóźnienie. Aby zdążyć musiałem spory kawałek biec. „Ekipa straceńców” weszła jakieś 2 min. wcześniej do sali egzaminacyjnej. Wpadłem do sali zdyszany. Egzaminator sprawdzał jeszcze dowody tożsamości, wpuścił mnie.
Mając 17 lat można było posługiwać się albo dowodem tymczasowym (czerwona okładka) albo paszportem. Jedna dziewczyna o tym nie wiedziała. Próbowała posłużyć się legitymacją szkolną. Egzaminator na to: „to nie jest dowód tożsamości, proszę wyjść”. Ona w płacz. „Płacz pani w niczym nie pomoże” — stwierdził. Pomyślałem sobie, że będzie się działo…
Pierwotnie ze mną grupa liczyła 14 osób. 1 odpadła „w przedbiegach”, 2 nie zdały części teoretycznej (zdziwiło mnie to, gdyż można się było nauczyć kartkowych zestawów 18-to pytaniowych praktycznie na pamięć). Na placu boju (manewrowym) zostało nas więc 11. Były to czasy, gdy po kolei wykonywało się wszystkie 7 elementów począwszy od łuku (nieco węższego niż obecnie), a skończywszy na podjeździe. Tego dnia warunki atmosferyczne były dosyć ciężkie. Śnieg i mróz z pewnością przyczyniły się do klęski następnych 7 osób. Do jazdy po mieście zostało więc 4 osoby. Jako że mam nazwisko zaczynające się na „Ś” — jechałem ostatni. 3 osoby przede mną wracały z miasta po stronie pasażera. Co ciekawe, jedna z tych osób wsiadła do własnego „malucha” i pojechała!
Ja po swoim głupim wyczynie na rondzie głównym Dąbrowy Górniczej (wymuszenie pierwszeństwa) również wracałem nie po stronie kierowcy. Silny stres działa na nas tak, że mamy „klapki na oczach” i nic nie widzimy co się dookoła nas dzieje. Silny stres zadziałał również w pozostałych podejściach. Za drugim razem wpakowałem się „pod prąd” na skrzyżowaniu, a za trzecim powtórka z pierwszego, z tym, że na innym rondzie. Mogę się pochwalić jedynie tym, że nigdy nie poległem na placu manewrowym
Po 3 nieudanej próbie należy wykupić 5 dodatkowych godzin jazd. Trafił mi się doskonały instruktor. Myślę, że gdyby uczył mnie od początku, egzamin miałbym za sobą już za pierwszym razem. Czwarty raz poszedł jak z płatka. Jazda trwała 44 min. Nie było się do czego doczepić. Czasem sobie tłumaczę, że egzaminator potraktował mnie poważniej przez garnitur. Urwałem się wcześniej ze szkoły i nie zdążyłem się przebrać (w moim technikum obowiązywały „mundurki” — garnitury).
Oczywiście nie jest tak, że kolejne rocznice obchodzę raz na 4 lata. Gdy w danym roku nie ma 29 lutego, szampana kupuje się 1 marca (co jest czymś w rodzaju „wstępu” do obchodzenia urodzin następnego dnia).
Podobne wpisy:
