Tag Archives: osobiste

Śpiechu goes Hyper Threading

Zawsze marzył mi się praw­dziwy Pentium. Nie jakiś obrze­zany Cele­ron tylko Pentium przez duże P. Więc sobie kupi­łem :-) Całe 45 zł mnie kosz­to­wał używany Pentium IV 2.8 GHz z tech­no­lo­gią Hyper Thre­ading. Na wiki można sobie poczy­tać mądry arty­kuł na temat HT.

Dla mnie zauwa­żalną różnicą jest przede wszyst­kim spory kop w szyb­ko­ści dzia­ła­nia kompa. Już tak długo urzę­do­wa­łem na Cele­ro­nie (7 lat), że wyda­wało mi się natu­ralne, że po otwar­ciu nowej karty w prze­glą­darce wszystko się na chwilę „przy­tyka”. Już nawet nie wspo­mi­nam o braku możli­wo­ści odtwa­rza­nia filmów w 720p. A tu proszę jaka zmiana.

W moni­to­rze syste­mo­wym Ubuntu widać 2 nieza­leżne CPU, które właści­wie się nudzą. I tak powinno być.

Teraz na temat minu­sów nowego rozwiązania:

Począt­kowo włącze­nie czegoś wyma­ga­ją­cego więcej mocy obli­cze­nio­wej powo­do­wało natych­mia­stowy restart, a więc typowy objaw prze­grze­wa­nia się proce­sora. Pół kilo pasty termo­prze­wo­dzą­cej zała­twiło sprawę.

Oprócz tego musia­łem pozbyć się jednej kości 256 MB RAM, czyli zostało mi 512, co w obec­nych czasach jest trochę żałosne. W instruk­cji do płyty głów­nej napi­sali, że pamięć powinna być mini­mum typu PC-3200. Obydwie kości speł­niały to wyma­ga­nie, a mimo to komp co chwilę zacho­wy­wał się śmiesz­nie (zamy­kał prze­glą­darkę, zabi­jał flasha, gubił całe UI Gnoma). Test pamięci wyka­zy­wał błędy zapisu niektó­rych komó­rek. Jako rozwią­za­nie propo­no­wano tuning para­me­trów BIOSa, na czym ja się nie znam, więc skoń­czyło się na demon­tażu jednej kości. Podej­rze­wam, że w jakiś tajem­ni­czy sposób kości prze­stały ze sobą rozma­wiać i zapis z jednej na drugą kończył się błędem.

Tylko nie gadać mi tutaj, że Pentium IV to staroć :-) , że już nawet tech­no­lo­gia Core 2 Duo/Quad to też staroć. Za kilka lat może sobie zafun­duję jakiś i7…

Po co ci ten telewizor?

Może jest to dziwne dla niektó­rych, ale celowo nie posia­dam tele­wi­zora ani radia już prawie rok. Z początku miało to być chwi­lowe (prze­pro­wadzka), ale stało się trochę prze­pi­sem na życie. Czas tracony przed tele­wi­zo­rem zamie­ni­łem na tracony w Inter­ne­cie i jest mi z tym dobrze. Zapy­ta­cie jaka to różnica? Zasad­ni­cza: to ja decy­duję kiedy, co i jakiej jako­ści treść oglądam.

Nieliczne warto­ściowe rzeczy z TVP (doku­menty) oglą­dam poprzez tvp.pl, które są tam za darmo. Znajomi mówią mi, że jestem uzależ­niony od Inter­netu. Sami zapo­mi­nają nato­miast, że są uzależ­nieni od idio­tycz­nych progra­mów w tele­wi­zji typu „śpiewaj z gwiaz­dami, tańcz i walcz”. Mam wraże­nie, że po obej­rze­niu jednego odcinka mój mózg doznaje jakichś mikro­usz­ko­dzeń (całe szczę­ście wraca po czasie do normy).

Czy ktoś normalny ogląda te wszyst­kie debilne seriale? Wyima­gi­no­wane problemy wyima­gi­no­wa­nych ludzi. Jedyna wartość jakiejś „Pleba­nii” to podstawa pod product place­ment. Potem akto­rzy takich produk­cji mają się za gwiazdy i stają się cele­bry­tami. Widać ich w kolej­nych edycjach „tańczą­cych…” W moim przy­padku jest tak, że nie potra­fię odróż­nić gwiazdy od tance­rza. Widać nie tylko ja mam taki problem.

Narze­kasz na poziom tele­wi­zji? Prze­stań ją oglą­dać! Idź na piwo ze znajo­mymi czy poczy­taj jakąś książkę. Rekla­mo­dawcy nie będą płacić za nieoglą­dane programy, przez co nie będzie opła­calna ich produk­cja. Poza tym właści­ciele tele­wi­zji świet­nie wiedzą kto co ogląda. Dopóki okre­ślony procent danej grupy wieko­wej ogląda ten szajs, dopóty pozo­staje status quo i wszy­scy są zado­wo­leni oprócz części bardziej myślą­cych widzów.

Nie tole­ruję pogła­śnia­nych, emito­wa­nych co 20 min. do znudze­nia durnych reklam w trak­cie emisji progra­mów. Jak dla mnie wystar­cza wideo na żądanie. Póki co, oferta tele­wi­zji przez Inter­net nie jest zbyt duża, ale myślę, że będzie się to z czasem zmie­niać. Osobi­ście kibi­cuję iplex.pl. Konku­ren­cję powi­tam z otwar­tymi rękami.

Jesz­cze jedna sprawa: lubisz dosto­so­wy­wać rozkład swojego dnia pod tele­wi­zję? Ja nie.

Wpis powstał pod wpły­wem trochę niechluj­nego graficz­nie, ale trafia­ją­cego w sedno wykopu.

Śpiechu po delegacji w Warszawie

Dzisiaj wpis typu „flaki z olejem”. Żądnych kolej­nej dawki wiedzy progra­mi­stycz­nej muszę odesłać niestety z kwitkiem.

Od 2 do 7 lutego byłem sobie w Warsza­wie. Wysłano mnie na szko­le­nia trener­skie w ramach Programu Rozwoju Biblio­tek. Biblio­teki woje­wódz­kie (a więc i Biblio­teka Śląska) zobo­wią­zały się do prze­szko­le­nia biblio­te­ka­rzy z biblio­tek regionu, które otrzy­mają sprzęt kompu­te­rowy (prezen­ta­cja tutaj). Będę miał przy­jem­ność brać udział w szko­le­niach tych osób.

Jeżeli ktoś nie za bardzo wie o co chodzi to wyja­śniam kąśli­wie w skró­cie: Funda­cja Melindy i Billa Gatesa dyspo­nu­jąca ułam­kiem sumy „skoszo­nej” od uzależ­nio­nej od Micro­so­ftu polskiej admi­ni­stra­cji publicz­nej, „dobro­czyn­nie” zdecy­do­wała się poda­ro­wać najbied­niej­szym biblio­te­kom w Polsce sprzęt, opro­gra­mo­wa­nie (Win 7 + Office 2007) i darmowy inter­net przez kilka lat. Dodat­kowo, dla niepo­znaki, szko­le­nia biblio­te­ka­rzy prze­pro­wa­dzą trene­rzy prze­szko­leni w używa­niu produk­tów Micro­so­ftu (m.in. ja :-) ).

Warto by zasta­no­wić się ile sprzętu dałoby się kupić za pienią­dze wywa­lane na licen­cje za MS Windows i Office. W końcu utrwa­liło się wszyst­kim, że sprzęt + opro­gra­mo­wa­nie = PC + Windows. Mam rację?

Teraz przejdę do wrażeń z pobytu w Warszawie:

  1. Dworzec Centralny — sporo więk­szy niż w Kato­wi­cach. W lepszym stanie tech­nicz­nym (dzia­ła­jące ruchome schody!), ale za to bardziej śmier­dzący. No cóż, nie można mieć wszystkiego…
  2. Chod­niki zdecy­do­wa­nie słabiej odśnie­żone niż w Kato­wi­cach. Czyżby Warsza­wiacy poru­szali się wyłącz­nie samochodami?
  3. Liczba psich kup na metr chod­nika w centrum może śmiało konku­ro­wać z liczbą w Kato­wi­cach (zwanych czasem „Kupowicami”).
  4. Muzeum Wojska Polskiego — old fashion muzeum. W każdym pomiesz­cze­niu siedzący na stołecz­kach cerbe­rzy patrzący na każdy ruch zwie­dza­ją­cych. Najle­piej byłoby zamknąć muzeum, wtedy muze­al­nicy spokoj­nie mogliby czekać na koniec dniówki nieniepokojeni.
  5. Muzeum Powsta­nia Warszaw­skiego — całko­wite prze­ci­wień­stwo poprzed­niego. Wszyst­kiego możesz dotknąć, posłu­chać i zoba­czyć parę filmów. Pomysł przyj­ścia tam w dzień wolny (niedziela) był całko­wi­cie chybiony. Czułem się jak w super­mar­ke­cie: masa ludzi z dziećmi zbie­ra­ją­cymi karteczki z datami.

Na koniec mam dla Was specjalny bonus z muzeum: MS Fail, czyli kolejny powód, dla którego Windows to system, któremu nie można zaufać.